Ja też byłam niepłodna…

Jeśli chcesz, opowiem Ci krótką historię, która może uratować wiele niepłodnych kobiet – być może Ciebie również. Właśnie z taką nadzieją podzielę się tym, o czym chciałam na zawsze zapomnieć. Tak, to moja historia – niepłodnej kobiety, która latami przedzierała się przez mroczny las myśli, emocji i ludzkiego okrucieństwa. Jednak nie obawiaj się, nie zaciągnę Cię w mój mrok, a wręcz przeciwnie – powiem Ci to, co już wtedy, mogło uratować mnie, jednak o tym nie wiedziałam. Ty dowiesz się już dzisiaj…

Zatem usiądź wygodnie z filiżanką kawy, bo zapraszam Cię na spacer po lesie myśli, który chyba dobrze znasz, jednak być może jeszcze nie widzisz, jak wiele ścieżek prowadzi na pachnące swobodą polany i jak wiele zakrętów paradoksalnie wskazuje drogę do wyjścia z mrocznego impasu. Jednak zacznijmy tam, gdzie koszmar każdej niepłodnej kobiety rozrasta się w absolutnie niekontrolowany sposób. To moment diagnozy – jestem niepłodna. Nie mogę udawać, że byłam zaskoczona, ponieważ już prawie dwa lata nie mogłam zajść w ciąże, choć tak bardzo się staraliśmy. My – było nas dwoje, w chwili decyzji, że to już czas powiększyć naszą rodzinę, w momentach radosnych starań i snucia planów o naszym życiu z dzieckiem. Wszędzie byliśmy My – jednak tylko Tobie przyznam się, że gdy kolejne razy test wykazał tylko jedną kreskę, czułam się coraz bardziej samotna. Było mi strasznie trudno i ciężko, po raz kolejny powiedzieć to samo – tym razem też się nie udało Kochanie. On naprawdę jest moim Kochaniem, czuły, troskliwy, zaradny i chętny znosić nawet zmienne kobiece nastroje. Jednak zapadając się w otchłań „nie mogę zajść w ciąże”, nieświadomie przestałam zauważać, jak wielkie mam szczęście, mając takiego męża u swojego boku. Przestałam doceniać fakt, że On jest. Dopiero dzisiaj, z perspektywy czasu, rozumiem i widzę, że jest wiele kobiet na tej ziemi, które nie tylko nie mają dziecka – nie mają nawet miłości w ciele mężczyzny u swojego boku. Nie myśl, że przyszło mi do głowy porównywanie się z osobami, które mają „gorzej” niż ja wtedy. Zupełnie nie to mam na myśli. Mam tylko wrażenie, że to właśnie trudne doświadczenia pozwalają, by ludzka empatia dostała szansę na rozkwit. Musiałam przejść przez wąski, ciasny i kłujący korytarz niezrozumienia przez ludzi, by teraz lepiej rozumieć drugiego człowieka i już nie oceniać, a wręcz przeciwnie – doceniać.

Być może Ty też już byłaś w tym „korytarzu niezrozumienia” – choć to zbyt łagodna nazwa, bo kolce ludzkiej złośliwości i niedelikatności wbijają się bardzo głęboko. Te straszliwe i niekończące się pytania rodziny, w które wplatane były insynuacje, że to moja wina. Bez tych zewnętrznych słownych ciosów czułam się wystarczająco mocno winna. Winna, że nie myślałam o dziecku wcześniej. Winna, że chciałam skończyć studia i ułożyć wygodne życie, zanim na świecie pojawi się maleńka istota. Winna, bo odpowiedzialna i asekuracyjna. Winna, bo w podróżach zobaczyłam mały skrawek świata, zanim stałam się gotowa na dziecko. Tak bardzo winna, bo diagnoza wieszczyła „już jest za późno” – spóźniłaś się kobieto na własne życzenie. Nie mogłam tego znieść, odżałować i wybaczyć sobie. Dosłownie nie mogłam wytrzymać z własnymi myślami i emocjami. A w samym środku mojego koszmaru, jedna z uprzejmych ciotek postanowiła w ramach „wsparcia” podzielić się wspomnieniami czyjejś babci, która od teściowej usłyszała „drzewo, które nie rodzi należy ściąć”. To miało mnie pocieszyć, że moja teściowa wcale nie jest taka zła, gdy oburza się na samą myśl o leczeniu niepłodności. Wcale nie jest okrutna, gdy kpi i ukradkiem szydzi z naszych problemów powtarzając jak mantrę „w naszej rodzinie czegoś takiego jeszcze nie było” – dzieci przychodziły na świat „normalnie”, a nie na skutek leczenia. Moje poczucie winy z ciężkiego i uporczywego zmieniło się w gigantyczne, a brak zrozumienia ze strony najbliższych zaczęłam odczuwać jak okrucieństwo.

Na szczęście w nieszczęściu poznałam kobietę w klinice leczenia niepłodności. Przez siłowo powstrzymywane łzy opowiedziała mi jakie komentarze serwuje jej własna matka. Wtedy dotarło do mnie, że nie ma gorszych i lepszych historii – zwyczajnie każda jest inna, dokładnie tak jak my kobiety jesteśmy różne od siebie. Jednak każda z nas, nosi w sobie potrzebę spełniania oczekiwań innych i być może właśnie „to” pogrąża nas w trudnych chwilach. Nie dość, że jest nam ciężko z chorobą niepłodności, to jeszcze dochodzi ładunek „co powiedzą inni”. Nie da się tego wyplewić, jednak…można zrozumieć i wtedy jest nieco lżej. Kolejnego dnia jest szansa na następną dawkę „lżej”, bo zaczęłam odróżniać ciężar niepłodności od ciężaru jaki nakłada na mnie rodzina i bliscy swoimi komentarzami i złotymi radami – jak mam żyć i rozwiązywać swoje problemy. Zapewne domyślasz się, że każdy mówi coś innego i gdy zdałam sobie z tego sprawę, to wreszcie zdecydowałam, że dla mnie najważniejsze jest to, co ja myślę. Więc zadałam sobie banalne pytanie – co ja myślę? Nie uwierzysz, ile dni zajęło mi rozdzielanie w głowie własnych myśli od plątaniny z tymi „obcymi”, jednak dotarłam – do polany pachnącej swobodą. Właśnie tam pozwoliłam sobie, by już nie przejmować się tym, co myślą i mówią inni. Pozwoliłam sobie odpuścić potrzebę spełniania oczekiwań innych i starania, by znaleźć nieistniejący złoty środek, który zadowoli wszystkich. Pozwoliłam sobie postawić siebie i swoje marzenie na pierwszym miejscu. Na mojej polanie swobody zdecydowałam, że już nie pozwolę nikomu zaśmiecać mojej osobistej drogi życia. Ja nie mogę się denerwować, bo przecież staram się o Dziecko! Uśmiechnęłam się do siebie i zadzwoniłam do męża…

To nasza sprawa i tylko nasza sprawa – powiedziałam, a jednocześnie poprosiłam go o to, byśmy wspólnie wyprosili z naszego życia opinie i oceny ludzi, nawet tych najbliższych oraz ciągotę, by rozmawiać z innymi o swoich sprawach. Zgodził się bez chwili wahania. Oboje poczuliśmy niespodziewaną ulgę i jakby wstąpiły w nas nowe siły. W naszym życiu zrobiło się więcej miejsca dla nas, dla naszych przemyśleń i naszych potrzeb. Wkroczyliśmy na nową, tylko naszą drogę w kierunku rodzicielstwa. Ta historia byłaby „ładniejsza”, gdyby kończyła się w tym miejscu – pełnym nadziei i wewnętrznego spokoju, jednak to nie bajka, ani wycinek z komedii romantycznej. To historia pisana przez życie, więc było nam dane przejść jeszcze przez 7 gór i 7 rwących rzek. Jednak za każdym razem, gdy pojawiała się kolejna góra z problemem lub rwąca rzeka emocji to wiedzieliśmy, że chcemy iść razem dalej, bez względu na to, ile jeszcze nas czeka. Frustrację zamieniliśmy na ciekawość, oczekiwania na działanie, a lęki i niepokoje dostały pozwolenie na obecność i coraz częściej przepuszczały przez siebie jasną nadzieję. Natomiast nasze życie dostało naszą akceptację i zgodę na to, że jest takie a nie inne. Wybacz, że brakuje w tej historii wzniosłości, doniosłości i lukrowanych magicznych porad – jest tylko samo życie i kilka ludzkich refleksji, które być może uchronią Cię przed stratą czasu, własnych myśli, marzeń i siebie.

Na koniec zdradzę Ci sekret, o którym nie wie nawet moja rodzina – nasz SYN przyszedł na świat z pomocą metody in vitro. Ich opinia czy akceptacja nie była mi potrzebna do tego, by być szczęśliwą MATKĄ. A myślę sobie, że jestem najszczęśliwszą matką na świecie – i tego Ci życzę.

Jeśli uznasz, że warto to udostępnij ten post,
być może okaże się pomocny dla niepłodnych kobiet, które teraz przechodzą przez mroczny las myśli.

Pozdrawiam
Niepłodna MATKA

Dodaj komentarz

scroll top